Moje konstrukcje  

   

Urodziłem się 13 kwietnia 1952 roku, w niedzielę pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych, na ziemi łęczyckiej w okolicach Piątku, geometrycznego środka Polski. Wychowałem się w małej wiosce Błonie, gdzie kilka budynków nie posiadało elektryczności. Pod koniec szkoły podstawowej, gdy miałem 13 lat, zacząłem interesować się elektroniką. Słuchawki, które znalazłem w polu (pozostałość po wojennych terenach walk nad Bzurą) miały uszkodzone cewki. Przewinąłem je ręcznie. Później rozwiesiłem antenę między budynkami. Mój pierwszy odbiornik był bardzo prosty – słuchawka, dioda germanowa i antena. Gdy w słuchawkach usłyszałem dźwięki I programu Polskiego Radia, zapanowała wielka radość z osiągniętego sukcesu. Był to również bodziec do dalszego eksperymentowania!

Brak prądu na wsi powodował różne problemy - z lutowaniem, z zastosowaniem lamp. Lampy wymagały użycia baterii anodowej i ogniwa do żarzenia katody. W sprzedaży zaczęły pojawiać się pierwsze tranzystory i tu otwierały się nowe możliwości. W Łodzi na Czerwonym Rynku, gdzie handlowano wszystkim, można było kupić także bezcenne podzespoły radiowe. Jeździłem tam i podziwiałem te cacka. Luksusem były nisko szumowe tranzystory TG3. Moje skromne zasoby finansowe, nie pozwalały na duże zakupy. Kolejną czynnością było rozebranie uszkodzonego bateryjnego odbiornika lampowego „Juhas” Jego elementy posłużyły do kolejnych eksperymentów. Wykorzystując te części i zakupione tranzystory mogłem  odbierać inne stacje, podłączyć głośnik zamiast słuchawek.

Po ukończeniu siedmioklasowej szkoły podstawowej rozpocząłem naukę w Zasadniczej Szkole Zawodowej w Piątku. To był mój błąd. Zostałem ślusarzem. Miałem zawód, który nie dawał mi żadnej satysfakcji. Zastanawiałem się jak to zmienić. Pojawił się pomysł: wojsko i wojska radiotechniczne. Nie mówiąc o swoim zamyśle rodzicom pojechałem do Powiatowego Sztabu Wojskowego w Łęczycy i wypełniłem wniosek. Później był egzamin w Jeleniej Górze i po kilku tygodniach wezwanie do stawienia się w jednostce. Ku zdumieniu rodziców, w wieku 18 lat, 25 września 1970 zameldowałem się w Wyższej Szkole Wojsk Radiotechnicznych w Jeleniej Górze.

Nie wszystko wyglądało tak, jak sobie wcześniej wyobrażałem. Na początku trudno było przystosować się do życia wojskowego, ale wreszcie miałem coś, co lubiłem. Uczyłem się podstaw radiotechniki. Mogłem zajmować się czymś, co sprawiało przyjemność. Była to szkoła podoficerska i stąd po roku nauki trafiłem do 28 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego w Redzikowie pod Słupskiem. Tu rozpocząłem praktykę, a później pracę operatora radiolatarni. Kolejne etapy to radionamierniki, radar i stanowisko kierownika warsztatu radiowego Batalionu Łączności.

W 1974 r. rozpocząłem kolejne 5 lat nauki w Technikum Łączności w Gdańsku. Po ukończeniu miałem wymarzony zawód - technik elektronik. Z początkiem lat 90. zaczęły pojawiać się komputery osobiste i stąd moje nowe zainteresowanie – informatyka, która zabrała mi wiele godzin spędzonych nad książkami i przy komputerach.  Zawsze brakowało czasu, bo dzień był za krótki, aby uczyć się, majsterkować i jeszcze coś pożytecznego zrobić dla rodziny. Wiele zaczętych i nieukończonych konstrukcji lądowało później w koszu.

Żonę poznałem w Słupsku, tu założyłem rodzinę i z tym miastem związałem się na trwałe. Żona niechętnie tolerowała moje zamiłowania. Wiązało się to z bałaganieniem, rozkładaniem części i narzędzi. Jak mówiła, spełniło się przekleństwo jej brata. Dzieliła z nim razem pokój, w którym on rozkładał wszędzie radia. Któregoś dnia sprzątając pokój i nie mogąc wymusić na bratu uprzątnięcia swoich części, wyrzuciła je za okno. Tam było błoto. Zirytowany brat ze złością wykrzyczał: „Życzę ci męża, który będzie jeszcze bardziej bałaganił”. O moich zainteresowaniach żona dowiedziała się po ślubie. Niestety, było już za późno na zmianę.

W lotnictwie, w którym pracowałem głównie stosuje się fale ultrakrótkie, dlatego niewiele styczności miałem z falami krótkimi. Marzyłem o krótkofalarstwie, ale nie miałem kontaktu z ludźmi zarażonymi tą pasją. Wydawało mi się, że to hobby jest dla mnie nieosiągalne. Telegrafia była trudna do nauki i wymagana na egzaminie. Zabrakło mi odwagi i przez długi czas to hobby pozostawało tylko moim skrytym marzeniem. Po zniesieniu obowiązku znajomości telegrafii, zdecydowałem się na egzamin w Kołobrzegu i dostałem upragnioną licencję. Poznałem środowisko krótkofalarskie, wielu wartościowych ludzi, oddanych temu hobby. Żałuję, że stało się to tak późno.

 

 

 

   
© SQ2NIA Słupsk 2017